W przestrzeni publicznej coraz częściej widzimy aktywność Ewy Weber. Konferencje, wizyty, zdjęcia, objazdy, komunikaty. Wszystko ma budować wrażenie, że to ona „rządzi miastem”. Problem polega na tym, że to nie tylko wrażenie. Według informacji podawanych przez RESET Zabrze na portalu Facebookowym, Ewa Weber po powołaniu Suszki jest pewna swojej władzy w mieście i może wymieniać pracowników spółek na swoich. Przykłady można mnożyć: jeden z ostatnich – Nowa Prezes MOSiR i nowi pracownicy tej spółki.
Ewa Weber nigdy nie była prezydentem Zabrza. Była jedynie pełniącą obowiązki i to przez krótki czas. W tym czasie zdążyła między innymi zlikwidować szkołę 17 i wysłać sprawę Alby do sądu. To nie jest „kadencja”, to był epizod. Dziś jest wiceprezydentem, czyli urzędnikiem od realizacji poleceń, a nie od kierowania miastem.
Tymczasem obserwujemy coś zupełnie innego. Autopromocję. Budowanie narracji o sprawczości, której formalnie nie ma. Aktywność bardziej przypominającą niekończącą się kampanię wyborczą niż normalną, codzienną pracę w urzędzie.
W Zabrzu miała być zmiana. Miało być nowe otwarcie, odcięcie się od epoki Małgorzaty Mańki-Szulik, przewietrzenie magistratu i koniec politycznych układów. Tymczasem mieszkańcy dostali coś dokładnie odwrotnego. Stary układ wrócił bocznymi drzwiami, tylko w nowych garniturach. Trzech wiceprezydentów, te same nazwiska, te same twarze, te same metody.
Ewa Weber, Leszek Kula i Jarosław Szuszka to nie jest żadna „nowa jakość”. To jest rekonstrukcja starego systemu, który przez lata doprowadził miasto do finansowej i organizacyjnej zapaści. Systemu, który dziś próbuje się sprzedać jako „doświadczenie” i „stabilizację”.
Szczególnie symboliczne jest powołanie Jarosława Szuszki. To nie jest żaden niezależny wybór ani świeże spojrzenie. To polityczne wzmocnienie Ewy Weber. Szuszka był jej bliskim współpracownikiem, wspierał ją w kampanii, jest jej politycznym zapleczem. Jego nominacja cementuje wpływy Weber w urzędzie i pokazuje, że nie chodzi o sprawne zarządzanie miastem, tylko o układ personalny.
Leszek Kula to z kolei klasyczny powrót starej gwardii. Człowiek od inwestycji, dróg i planowania przestrzennego, czyli dokładnie tych obszarów, które w Zabrzu od lat kuleją. Jeśli ktoś szuka symbolu ciągłości polityki, a nie zmiany, to nie musi szukać dalej.
Ale najbardziej niepokojące jest co innego. W Zabrzu coraz wyraźniej widać, że realna władza i realne decyzje są przykrywane medialnym teatrem.
Kto za to wszystko płaci?
Coraz więcej wątpliwości budzi ciąganie po miejskich instytucjach różnych „znajomych”, „sąsiadów z Zaborza”, Sobczyków, Kasińskich, Kośieradzkich, Aliny Nowak i całej tej towarzyskiej orbitki. Wszystko oczywiście w blasku fleszy, wszystko oczywiście za publiczne pieniądze – podaje RESET Zabrze:
Mieszkańcy mają pełne prawo pytać, po co, w jakim celu i czyim kosztem. Bo jeśli miejskie instytucje stają się tłem do budowania prywatnej pozycji politycznej, to znaczy, że coś tu jest bardzo nie tak.





Dodaj komentarz