Cała prawda o ZARI. Mniej legend, więcej faktów

Kiedy byli włodarze Zabrza zaczynają mówić o „symbolach”, „kołach zamachowych” i „zniszczonych marzeniach o inwestycjach”, warto na chwilę odłożyć sentymenty i zajrzeć do dokumentów, bilansów oraz… rzeczywistości. Bo w przypadku Zabrzańskiej Agencji Realizacji Inwestycji rozjazd między legendą a faktami jest naprawdę imponujący.

Były wiceprezydent miasta opublikował emocjonalny wpis o planowanej likwidacji ZARI. Jest w nim dużo historii sprzed lat, dużo opowieści o wielkich planach i dużo sugestii, że miasto właśnie „rezygnuje z inwestycji”. Problem polega na tym, że ZARI od dawna nie była żadnym kołem zamachowym czegokolwiek.

Mit „koła zamachowego inwestycji”

ZARI została powołana do bardzo konkretnego celu: miała aktywizować miejskie grunty, przygotowywać je pod inwestycje, tworzyć spółki celowe, współpracować z ZBM-TBS i budować samonapędzający się mechanizm rozwoju.

Ten model nigdy nie został wdrożony.

Nie częściowo. Nie z opóźnieniem. W ogóle.

Jeśli więc dziś słyszymy opowieści o „likwidacji koła zamachowego inwestycji”, to trzeba powiedzieć wprost: nie da się zlikwidować czegoś, co od lat nie pełniło tej funkcji.

Skąd naprawdę brały się pieniądze ZARI

W całej historii działalności spółki tylko jedno źródło przyniosło realne, znaczące dodatnie wyniki finansowe: sprzedaż gruntów w Grzybowicach deweloperowi.

Bez tworzenia spółek celowych.
Bez reinwestowania kapitału.
Bez budowania mechanizmu, który miał finansować kolejne projekty.

To dlatego w niektórych latach pojawiał się „zysk”. Nie dlatego, że ZARI wypracowała go działalnością operacyjną, tylko dlatego, że sprzedała część majątku.

Potencjał gruntowy spółki nie był pomnażany. Był systematycznie konsumowany.

To nie jest strategia rozwoju. To jest wyprzedaż.

Targowisko i legenda „sukcesu inwestycyjnego”

Często jako koronny dowód sprawczości ZARI przywołuje się modernizację targowiska przy Piastowskiej. Warto więc jasno powiedzieć: to nie był projekt sfinansowany z „wypracowanych środków” spółki.

To był projekt zrealizowany na kredycie JESSICA.

Czyli na zobowiązaniu, które ZARI przez lata spłacała i które obciążało jej wyniki finansowe. To nie były żadne „wolne pieniądze”. To był dług.

Projekt potrzebny miastu, ale kompletnie niepasujący do narracji o samofinansującym się wehikule inwestycyjnym.

Skąd wziął się marketing

Jednym z głównych zarzutów jest to, że ZARI stała się „agencją marketingową”. Tyle że warto przypomnieć, skąd to się wzięło.

Przejęcie części zadań promocyjnych miasta było świadomą próbą zbudowania nowego, dochodowego obszaru działalności spółki. Promocja miasta, promocja terenów inwestycyjnych, wydarzeń i projektów rozwojowych to normalne zadania własne gminy.

Założenie było proste: zamiast rozbudowanego działu w urzędzie – wyspecjalizowana spółka, działająca szybciej i elastyczniej.

Równolegle trwały prace nad zapewnieniem stabilnego finansowania tych działań: w formule umowy powierzenia albo in-house. Proces ten został jednak przerwany przez politykę: referendum i zmianę kierunków decyzyjnych.

Warto dodać, że większość umów marketingowych miała charakter czasowy i wygasła zgodnie z planem. To nie było trwałe „przejedzenie pieniędzy”, tylko etap przejściowy w poszukiwaniu nowego modelu działania.

Spółka od inwestycji czy od wszystkiego?

ZARI przez lata przejmowała kolejne zadania: targowisko, korty tenisowe, światłowody. Wszystko to są rzeczy potrzebne miastu.

Problem polega na tym, że to są zadania operatorskie i administracyjne, a nie realizacja misji, dla której spółkę powołano.

ZARI coraz bardziej stawała się spółką „od wszystkiego”, a coraz mniej spółką od rozwoju gruntów i inwestycji.

Spółka dla idei czy spółka dla znajomych?

Jest jeszcze jeden wątek, o którym w oficjalnych wspominkach mówi się wyjątkowo niechętnie. ZARI przez lata była utrzymywana przy życiu nie dlatego, że świetnie realizowała swoją misję, tylko dlatego, że była wygodnym miejscem do parkowania etatów.

Nie jest tajemnicą w Zabrzu, że kortami w spółce zarządzał trener wnuków ówczesnej prezydent. Przypadek? Być może. Ale w samorządowej rzeczywistości takie „przypadki” zawsze rodzą pytania.

Coraz trudniej bronić tezy, że spółka była utrzymywana wyłącznie z powodów merytorycznych, skoro od lat nie realizowała swojego podstawowego celu, a mimo to trwała.

Grzybowice i „zbiegi okoliczności”

Jest jeszcze jedna historia, która w tej opowieści wraca jak bumerang. Na osiedlu w Grzybowicach, na gruntach sprzedawanych przez ZARI, domy mają dzieci byłej prezydent Małgorzaty Mańki-Szulik.

Oczywiście, formalnie wszystko mogło się odbyć zgodnie z procedurami. Nikt nie twierdzi, że ktoś złamał prawo.

Ale w mieście, które przez lata słyszało opowieści o „transparentności”, takie zbiegi okoliczności zawsze będą budzić uzasadnione pytania. Bardzo niewygodne pytania.

Koniec polityki stołów

Różnica między dawnym podejściem a tym, co widzimy dziś, polega na jednym: obecny prezydent nie patrzy już na miejskie spółki przez pryzmat tego, kto przy którym stole siedzi.

Patrzy przez pryzmat tego, czy to się miastu opłaca.

To jest fundamentalna zmiana filozofii. Zamiast utrzymywać byty, które istnieją „bo zawsze istniały”, ktoś wreszcie zadał pytanie: po co my to właściwie utrzymujemy i co z tego ma Zabrze?

Prawdziwe pytanie

Prawdziwe pytanie nie brzmi: „czy szkoda ZARI”.

Prawdziwe pytanie brzmi: czy miasto ma utrzymywać strukturę, która od lat nie realizuje swojego podstawowego celu i nie ma realnych narzędzi, żeby go realizować w przyszłości?

Nie ma sensu utrzymywać mitu „koła zamachowego”, jeśli to koło od dawna nie jest podpięte do żadnego silnika.

To nie jest spór o sentymenty

To jest spór o to, czy Zabrze chce mieć narzędzia, które faktycznie coś budują, czy tylko instytucje, które dobrze wyglądają w prezentacjach o „strategiach” sprzed dekady.

ZARI nie upadła dlatego, że ktoś ją „zniszczył”. ZARI po prostu nigdy nie stała się tym, czym miała być.

I to jest ta prawda, której w facebookowych wspominkach jakoś dziwnie brakuje.

Dodaj komentarz

Trendy